Dziś piszę ja – żona
Niedawno Szymon poprosił mnie bym od czasu do czasu napisała coś na jego blogu.. by był to nasz blog… Odmówiłam, bo jak zwykle „nie mam na to czasu”… i tak siedzę w domu z dzieckiem… zerkam okiem to na serial to na małą… i tak cały dzień… i NA NIC NIE MAM CZASU… Obok leży książka (już od dłuższego czasu) „Potęga Podświadomości – Murphy’ego, a ja po raz tysięczny mówię sobie, że kiedyś ją przeczytam… Książka leży, a ja siedzę i marudzę w myślach, ze nie mam na nic czasu, ochoty, że chce mi się spać, że jak ja mogłam tak zaprzepaścić dietę (skoro tak dobrze mi szło), że kiedyś miałam wszystko czego chciałam a dziś już tak nie jest… i zapala się w mojej głowie żaróweczka. KIEDYŚ MIAŁAM WSZYSTKO – wszystko co było dla mnie ważne, czyli znajomych, przyjaciół.. jednym słowem wspaniałe życie towarzyskie… dziś priorytety mi się trochę pozmieniały… przyjaciele są ważni, ale na przełomie 5 lat wszyscy się przesiali przez drobne sitko zaufania.. Ale ja nie o tym…
Jeszcze ponad 5 lat temu miałam zakodowane w głowie taki KLUCZ.. że nie ma takiej siły na ziemi i w niebie, która mogłaby mi w jakiś sposób zaszkodzić.. Ludzie lgneli do mnie jak miś do miodku
prześlizgiwałam się z klasy do klasy mimo totalnego olewania całego tego śmiesznego szkolnego systemu. Miałam wiele fajnych przygód i imprez na co dzień i tak mijały piękne dni z dnia na dzień z uśmiechem na twarzy… Na tamte lata to było piękne… o niczym innym nie mogłaby marzyć zbuntowana nastolatka… aaaaaaa i dorośli się nie czepiali!!!!! Wszystko było pięknie… Do 17 roku życia nie miałam żadnego złamania ani zwichnięcia a nie jedno drzewo (i upadek z niego) się zaliczyło. Po prostu wiedziałam, że MOJE kości nie mogą się złamać.. wiedziałam, że nie potrąci mnie samochód, że nie stanę krzywo na kamieniu, że nic mi nagle pod nogami nie wyrośnie.. po prostu byłam zbyt „ZAJEBI**A żeby coś takiego mogło mi się przytrafić
Kiedy i gdzie to wszystko się odmieniło? i dlaczego??? nie wiem do dziś.. no ale stało się…
Jestem 5 lat z Szonem, nasza córeczka ma roczek.. 2 lata temu się rozstaliśmy, ale jednak wróciliśmy do siebie… Ja wolałam bawić się ze znajomymi imprezować, romansować… a on… taka ciepła domowa dusza
W każdym bądź razie wszystko się zachwiało.. Musiałam wybierać między znajomymi, a nim, a tak na prawdę sama nie wiedziałam czego chcę… byłam wściekła na niego, na siebie, na wszystkich dookoła, że nie da się tego pogodzić… Urodziłam córkę i myślałam, że teraz to będzie tak… Praca, dom, praca, dom, nuda nuda nuda, praca dom… No i jest tak… tyle że nuda nuda nuda, dom dom dom, a Szon praca dom praca dom…. czuję, że coś straciłam… straciłam tą pozytywną energię, która mnie wypełniała… ale jak ona mogła mnie opuścić!!!?????? Byłam pewna, że to pozytywne myślenie, to właśnie JA…, że urodziłam się pod szczęśliwą gwiazdą, i że po prostu tak będzie już zawsze…
Chcąc rozpocząć jakąś „karierę” by realizować się w życiu rozpoczęłam współpracę z herbalife… nie wiem czy to był dobry wybór czy nie… chyba nie był dobry na tamten okres czasu. Oczywiście nic się nie udawało.. na początku byłam pełna zapału po czym zapał ten wygasł. Jedna z dziewczyn podesłała mi film Sekret… i on właśnie uświadomił mi, że praktykowałam PP przez co najmniej 17 lat mojego życia!!! Nie mając pojęcia, że to robię… to wychodziło samo ze mnie od środka i było nie zamierzone… Byłam w tym świetna! Nie mogę sobie przypomnieć ani jednej porażki z tamtego okresu czasu… No i stwierdziłam, że muszę wprowadzić sekret w życie… w tym momencie moja „depresja” (bo nie umiem inaczej nazwać stanu w którym się znajdowałam) sięgnęła jeszcze głębiej dna niż się spodziewałam… zamiast myśleć pozytywnie, to cisnęły się do mnie coraz to gorsze myśli.. a wręcz sama sobie je na siłę wywoływałam w celu.. nie wiem sama jakim… taki eksperyment czy co??? Na siłę chciałam coś zrobić, a całe moje wewnętrzne JA się zbuntowało przeciwko mnie…
Dopiero kiedy już z totalnej nudy wzięłam książkę do ręki „Potęgę Podświadomości”, którą notabene mam od żony mojego kuzyna (u której pozytywne myślenie zadziałało i działa do dziś) coś we mnie pękło… Zaczęłam miewać sny (nie miałam ich chyba z 3 lata), zaczęłam znów czytać horoskopy (w które wierzę, ale traktuję z przymrużeniem oka mimo to uwielbiam!), zaczęłam CHCIEĆ zrobić coś z moim życiem… Jestem dopiero na 30 stronie książki, ale natrafiłam na super bloga przy okazji i to właśnie zmusiło mnie do napisania tutaj notki. Link do bloga podam jak znajdę bo mam zamiar tam wrócić i doczytać resztę
Taki miały przykład tego, jak podświadomość wykonuje moje „rozkazy”:
Kiedy byłam w ciąży uparłam się, że kiedy urodzę, to do pracy wrócę dopiero gdy Mała skończy roczek… Kasy zaczęło nam ubywać i ubywać i Szon powiedział, że MUSZĘ isc do pracy wcześniej jeśli mamy nadal żyć na poziomie do jakiego przywykliśmy… a ja… nie potrafiłam… wiedziałam, że muszę, ale wiecznie było jakieś ale… „ale zobacz jakie beznadziejne oferty pracy”, „na pewno małe zarobki a dużo roboty”, „nie jestem gotowa”, „Nie zostawie małej tak szybko” „nie chcę stracić ani jednego dnia z rozwoju mojego dziecka, chce słyszeć pierwsze słowo, chcę widzieć pierwsze kroczki”… po czym wyjechaliśmy na jakiś czas do mojej mamy bo „po co będę z dzieckiem w blokach kisnąć jak jest lato a mama ma ogród”, „Niech się nią pradziadek nacieszy – tak ją kocha” itp itd… wszystko byleby nie iść do pracy nim mała skończy roczek… i nie było też tak, że odwlekałam to celowo… ja tak na prawdę czułam.. nie mogłam się przełamać.. nie potrafiłam po prostu..
No i jeszcze Szon i moja mama…. (wybacz kochanie ale muszę to tu napisać!) oni są.. jak wampiry energetyczne!!! Szon jeszcze nie jest na tak wysokim levelu sceptyzmu i pesymizmu jak moja mama, ale jest na najlepszej drodze do tego.. za to moja mama??? STRASZNE!!! Jeśli czytasz tego bloga i uważasz siebie za sceptyka, pesymistę… daj znać.. poznam Cię z moją mamą! Szybko zmienisz zdanie o sobie. Życie dało jej w kość o tak.. ale ona tak łatwo się poddała… Nie chcę, żyć jak moja mama.. nie chcę wiecznie narzekać, ze brakuje pieniędzy na to, na tamto, że zostaje na stare lata sama… Ale jak patrzę z boku, to ona sama do tego doprowadziła… Nie robi nic poza narzekaniem…
Jestem materialistką i jestem rozrzutna… Nie sądzę bym umiała to zmienić… jeśli nie mogę sobie czegoś kupić czy pójśc do kosmetyczki i fryzjera, to jest mi bardzo bardzo źle i odbija się to na wszystkich dookoła… Rozwiązanie jest jedno… proste… pójść do pracy…
Od tygodnia Hania ma skończony roczek
a ze mnie spadły w końcu te okropne krępujące węzły
Czuję się taka wolna.. Od 3 dni nie narzekam, że mała jest niegrzeczna.. i o dziwo! Ona przestałą rozbijać słoiki, rozlewać mleczko i bez przerwy coś psocić… chodzi sobie to to po domku, tupie tymi maleńkimi nóżkami i bawi się grzecznie… Ładnie je (co graniczyło z cudem) i jest pogodniejsza… Dziś obudziła mnie słowami (tak słowami!!!!) Byłam w szoku, bo do tej pory wszystko nazywała po swojemu bądź mówiła pojedyńcze niewyraźne słowa… więc… wzięłam ją rano do siebie do łóżka i dosypiałam.. po godzinie budzi mnie mała z gumką do włosów w ręce.. włosy opadały jej na oczka, a ona klepie mnie swoją maleńką rączką po ramieniu i wołą „mama! mama!” mówię do niej: co kochanie? pokazuje mi gumkę „mama daj!” Związałam jej włosy.. „Mama mama!” „Co Myszko?” „Mama am!” …i poszłyśmy zjeść śniadanie…
Pierwszy pozytywny dzień od bardzo dawna
…a może wszystkie były pozytywne, ale nie potrafiłam tego dostrzec?
A oto link do bloga, który mnie zainspirował
bardzo fajnie i przyjemnie się go czyta. życzę miłej lektury! http://blog.prawdziwysekret.pl/2010/07/29/jak-przyciagnac-ludzi-ktorzy-pomoga-osiagnac-wszystko/#more-1025
Filed under: Uncategorized | Zostaw Komentarz »